11.12.2017      
 



najnowsze wydanie
wszystko o...
kronika i ekologia
kronika poleca książki
ogłoszenia
drukarnia
zlecanie reklam i ogłoszeń
kontakt prenumerata
e-wydanie
patronat prasowy
prezentacja
zostań wydawcą
regulamin konkursów
loga
slovakia
logowanie
 
Kronika Małopolska
Kronika Żywiecka
Głos Ziemi Cieszyńskiej
SPECJALNE
  NASZE 50 LAT!
To nie jest historia pięćdziesięcioletniej jubilatki. Jedyny tygodnik Bielska-Białej i całego Podbeskidzia w ...























Bielsat

basket


















galeria


wisla
xxx

 

>>Czytaj e-kronikę na ekranie komputera<<

Bezlitosny ogień zrujnował dom
» SPALONE ŚWIĘTA

NR.: 1 z dnia: 04-01-2006


Dwa dni przed Wigilią w domu rodziny Pniaków z Targanic wybuchł pożar. W kilkanaście minut zniszczył niemal cały budynek. Na szczęście poszkodowanym ruszyli z pomocą sąsiedzi i rodzina.
Pniakowie kupili dom w Targanicach sześć lat temu. Wymagał remontu, który właśnie powoli dobiegał końca. - Już prawie wszystko - oprócz dachu - było zrobione - mówi Monika Pniak. Los okazał się jednak okrutny. Wystarczyło kilkanaście minut, by kilkuletni wysiłek, a także niemałe nakłady finansowe włożone w remont domu zostały zniweczone.
- Mąż pojechał do przedszkola po syna, a ja robiłam porządki na parterze. Nagle usłyszałam trzask. Spojrzałam w górę i już widziałam łunę. Po chwili zaczęły się palić schody. Zdążyłam tylko zabrać kurtki i trzeba było uciekać - opowiadała kilkanaście minut później Monika Pniak, trzymając na rękach poważnie chorego Wiktora, drugiego z synów. Próbowała jeszcze gasić pożar gaśnicą i śniegiem, ale na próżno. Ogień rozprzestrzeniał się po drewnianym poddaszu w błyskawicznym tempie, niszcząc sypialnię, a wraz z nią ubrania, książki oraz wszystkie pamiątki rodzinne.
Gdy nadjechały pierwsze wozy strażackie piętro budynku właściwie już nie istniało. - Dom stoi w trudno dostępnym terenie. Wiodąca do niego droga jest wąska, stroma i śliska, co wydłużyło czas dojazdu - mówi Paweł Szczepańczyk, dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej Państwowej Straży Pożarnej w Andrychowie.

Ludzie na spalonym poddaszu

Ogień błyskawicznie zniszczył dach i poddasze


Spalone wnętrze
To, czego nie strawił ogień, zostało zalane w trakcie walki z pożarem


Na tym jednak problemy strażaków się nie skończyły. Okazało się bowiem, iż woda w hydrantach ma zbyt niskie ciśnienie, by można było użyć jej do gaszenia. - Ile to już razy zgłaszaliśmy, że na Wesołej nie ma wody - nie kryli oburzenia mieszkańcy okolicznych domów, którzy zaczęli gasić pożar... śniegiem. W tym czasie dwa wozy strażackie dowoziły wodę z innych części wioski.
Poddasze uległo całkowitemu zniszczeniu. Ponadto strażacy gasząc ogień zalali dół budynku, z którego udało się wprawdzie wynieść część mebli i urządzeń, ale i tam zniszczenia są ogromne. - Tragedia. Na dodatek tuż przed samymi świętami. Najgorszemu wrogowi się tego nie życzy - mówił jeden z sąsiadów, którzy już w piątek z mozołem rozbierali pozostałości zwęglonej więźby. - Budynek wymaga gruntownego remontu. W trakcie pożaru dochodzi do dużej emisji ciepła, a pod jego wpływem zaczynają parować lakiery i farby, którymi pokryte są podłogi i meble. Dlatego też konieczne jest zbicie tynków, gdyż przesiąkły tymi oparami - wyjaśnia Paweł Szczepańczyk. Dodaje, iż przyczyna pożaru będzie trudna do ustalenia, gdyż ogień zatarł wszelkie ślady.
- Budynek był ubezpieczony, ale odszkodowanie na pewno nie pozwoli pokryć kosztów remontu - mówi Monika Pniak. Rodzina najbardziej potrzebuje mebli, pościeli i materiałów do odbudowy dachu.

Osoby, które chciałyby pomóc poszkodowanym, mogą się kontaktować z nimi bezpośrednio lub telefonicznie(tel. 0-604-230-687 lub 0-606-315-876)
. - Już teraz chcę podziękować sąsiadom, którzy tak ochoczo nam pomogli. Otrzymaliśmy od nich mnóstwo zabawek i ubrań - nie kryje wzruszenia Monika Pniak. Sąsiedzi od samego początku pomagali w akcji ratunkowej. Narażając zdrowie i życie, wynosili z palącego się już domu meble i urządzenia. Bez wahania zaoferowali również rodzinie Pniaków dach nad głową do czasu, aż budynek ponownie będzie gotowy do zamieszkania, co potrwa na pewno kilka miesięcy.
Tekst i foto: Wojciech Ciomborowski

>> Powrót <<
Dodaj swój komentarz - Wyślij link